logo

Orzeł i lew. Rzym, Persja i wojna nie do wygrania

Orzeł i lew. Rzym, Persja i wojna nie do wygrania

Autor: Adrian Goldsworthy
Wydawca: Rebis
Rok wydania: 2025
Okładka: twarda
Liczba stron: 624
Moja ocena:

Obrazek recenzji 9

Książkę do recenzji otrzymałem dzięki życzliwości pana Bogusława Tobiszowskiego,
z Dom Wydawniczy REBIS, za co składam serdeczne podziękowania.

Trajan, odtąd noszący przydomek Parthicius, pożeglował do Zatoki Perskiej z flotyllą, w której skład wchodził ozdobny, luksusowy statek przeznaczony na miejsce negocjacji. (…) Trajan dalece przewyższał wszystko co osiągnęli Pompejusz, Lukullus czy którykolwiek z Rzymian. Przekaz głosi, że na widok statku wyruszającego w rejs do Indii, zapłakał, gdyż był już za stary, aby podążyć śladami Aleksandra (s.252)

Orzeł i lew. Symbol dwóch mocarstw starożytności, które przez kilka wieków toczyły ze sobą krwawe zmagania, przeplatane okresami pokoju. Imperium Rzymskie oraz Imperium Partów/Persów sasanidzkich było jak dwoje oczu, które było na siebie skazane. Oba państwa – potężne, o wspaniałej historii i kulturze, stosowały wszelkie dostępne środki aby zmusić do ustępstw swojego rywala. W wielkowiekowej historii tych burzliwych relacji znajdziemy wszystko. A finał ten historii pokazuje, że gdzie dwóch się bije tam trzeci zabiera wszystko.

„Orzeł i lew” Adriana Goldsworthey’ego to opowieść o dwóch potężnych państwach, których historia to gotowe scenariusze na doskonały serial pełen zwrotów akcji. Brytyjski historyk zabiera nas w podróż po starożytnym i wczesnośredniowiecznym świecie dwóch różnych potęg militarnych i kultur, których ambicje ich władców sięgały daleko poza granice ich państwowości. Książka Goldsworthy’ego jest świetną opowieścią o dziesiątkach ciekawych postaci, wśród których znajdziemy wybitnych wodzów, wizjonerów, ale także maniaków opętanych swoimi ideami, które chcieli wcielić w życie.

Oba imperia zazdrośniej teraz strzegły swej reputacji, jako że karuzela kolejnych kampanii zmieniła percepcję ich potęgi – nie tylko w oczach samych Rzymian i Persów, lecz także wśród wszystkich okolicznych ludów. Szybka seria wzlotów i upadków cesarzy sprawiała, że każdy kolejny pragnął udowodnić, iż tron mu się należy, a najlepszym na to sposobem wciąż pozostał sukces militarny, czy to na wojnie, czy poprzez agresywną dyplomację wymuszającą podporządkowanie się przeciwnika. (s.341)

Narracja autora rozpoczyna się do dyktatora Lucjusza Korneliusza Sulli, za którego czasów doszło do pierwszych kontaktów dyplomatycznych pomiędzy dwoma państwowościami. Obie rosnące potęgi poznawały się dosyć długi czas, zanim przystąpiono do wybicia zębów rywalowi. Ta walka toczyła się ze zmiennym szczęściem. Obaj przeciwnicy uczyli się na swoich własnych błędach, a żądza zemsty pchała do czynów wielkich, ale też paskudnych jak ciemna noc. To ze strony Persów Rzymianie doznali chyba największego upokorzenia w ich historii, gdy sam cesarz trafił do perskiej niewoli.

W tym całym natłoku bitew, wojen i okrucieństw, które stanowią od zawsze główne pole zainteresowań dziejopisarzy, nie brakowało miejsca na subtelną dyplomację, połączoną z szacunkiem i groźbą wobec swojego adwersarza. Goldsworhty nie raz na kartach swojej książki podkreśla dziesięciolecia pokojowych relacji pomiędzy dwoma imperiami. To brak odpowiednich materiałów o „spokojnych” czasach nie pozwala poznać większej subtelności relacji pomiędzy dwoma graczami. Ciekawym wątkiem jest kwestia handlu pomiędzy Rzymem a Persją – kupcy obu imperiów docierali do najodleglejszych zakątków ówczesnego znanego świata, aby pozyskać najbardziej atrakcyjne i cenne towary.

Rzymianie i Persowie, choć z oporami, zaczęli się wzajemnie postrzegać jako równi lub prawie równi, o czym nie było mowy wobec innych sąsiadów. Przywódcy i lud nie muszą jednak być potężne ani cywilizowane, by stanowić zagrożenie. Obydwa imperia miały ogromnie długie granicy, nigdy zaś nie starczało im zasobów, by wszędzie być jednakowo silne (s.397)

Rzymianie pragnęli ruszyć szlakiem Aleksandra Wielkiego i mieć pod swoim panowaniem tereny, które on zdobył. Persowie z kolei pragnęli odzyskania terytoriów, które utracili Achemenidzi w IV wieku p.n.e. Ta idée fixe niemożliwa do zrealizowania napędzała oba mocarstwa do walki. Najdalej w tym zamierzeniu posunął się ze strony rzymskiej cesarz Trajan oraz Septymiusz Sewer. Ze strony Persów najwięcej w tym względzie osiągnął Chosreos II, który zagroził samemu Konstantynopolowi. Te spektakularne sukcesy były jednak krótkotrwałe.  Zawsze po chwili poważnego kryzysu jednej ze stron, następował rewanż, który niwelował dokonania poprzedniego zwycięzcy.

Rywalizacja pomiędzy Rzymem a Persją tak jak się niespodziewanie rozpoczęła, tak samo niespodziewanie się zakończyła. W VII wieku po latach wyniszczających wojen, na arenę wkroczył trzeci gracz – Arabowie, którzy w imię Proroka rozpoczęli serię swoich spektakularnych podbojów. Imperium Persów przestało istnieć, Imperium Rzymskie pod postacią Biznacjum utrzymało się na powierzchni, będąc jednak już zaledwie jednym z państw, a nie wiodącą potęgą. Książka brytyjskiego pisarza to świetna lekcja historii i interesującej rywalizacji dwóch odmiennych bytów państwowych, które były skazany na wojnę. Wojnę, która była nie do wygrania przez żadną ze stron.

Z perspektywy ludów arabskich oba imperia były jakością znaną, raczej odległą i zależnie od własnej sytuacji postrzeganą jako zagrożenie, potencjalny przyjaciel lub partner do interesów. Niektóre walczyły przeciwko któremuś mocarstwu lub służyły w jego armii, wiele zaś odwiedzało je w poszukiwaniu pastwisk lub okazji do handlu, albo też miało styczność z ich obywatelami przebywających w tych samych celach. Wszystkie od pokoleń odczuwały wstrząsy, choćby najłagodniejsze, wywołane przez ingerencję dwóch imperiów w ich sprawy (s.505)

Inne recenzje